wtorek, 29 kwietnia 2014

Katastrofa!

Wiem... od 9 dni żadnego wpisu, zero znaków życia, jednym słowem - nic.
Jest mi z tego powodu bardzo przykro i smutno, bo chciałabym pisać tu tak często, jak się da.
Odpowiedzią na pytanie, które jest wołaniem niemych na pustyni w przypadku tego bloga jest: praca licencjacka.
Termin oddania wypada we środę. 
If you know what I mean.

OBIECUJĘ, że po 30.04 wrócę ze zdwojoną, a tam, zpięcioną siłą!

A tymczasem - lecę do społecznej odpowiedzialności biznesu.

Wrócę i sprawdzę, jak tam trzymacie się po świętach!

Marta

niedziela, 20 kwietnia 2014

Brace yourselves, Wielkanoc is coming! 5 sposobów, jak przytyć tylko troszkę w te święta

W przeciwieństwie do poprzedniego roku mamy pogodę-cud, słoneczko świeci, świat budzi się do życia i inne takie... Jest cudnie!

Przynajmniej na zewnątrz. Ja od 2 dni czuję się trochę jak na froncie wojennym, zaciekle broniąc się przed gigantycznymi porcjami i dokładkami, które z uporem maniaka serwuje nam moja babcia. Szkoda, że przed świętami nie zrobiłam sobie bluzki z napisem "Nie, dziękuję" - przynajmniej stanę się mistrzem asertywności.

To chyba typowe dla ludzi, którzy na co dzień mają ustalony plan żywieniowy - nieważne z jakich względów. Nie zamierzam jednak rezygnować z ulubionych zapiekanych jajek czy arcytrudnego w wykonaniu piernika spod ławy. Złoty środek? Przepis w pięciu krokach poniżej.

1. Wyznawaj zasadę "ŻP" - żreć połowę. Albo ćwierć. Dzięki temu spróbujesz wszystkiego, nie urażając gospodarzy ani nie rezygnując z ulubionych łakoci. Jeśli ktoś bardzo nalega, grzecznie powiedz, że nie masz już siły - zauważyłam, że wspominanie o zdrowym żywieniu na nikogo nie działa i spotyka się z reakcją pt. "oj tam oj tam".

2. Wybieraj zdrowsze alternatywy. Zamiast majonezu polecam tzatziki, zamiast tłustych ciast - na przykład bananowca (skład: banany i galaretka, zdjęcie poniżej) - zdecydowany hit tej Wielkanocy! Z kolei moja kochana ciocia zrobiła absolutnie rewelacyjnego zapiekanego bakłażana z kozim serem, a moja wege-mama - kotlety z fasoli w wersji deluxe. Pycha!


3. Pij dużo wody! Święta nie zwalniają z obowiązku picia dużej ilości wody, a już szczególnie, jeśli chlupniemy sobie coś mocniejszego. Woda pomoże uporać się z olbrzymią (w porównaniu do pozaświątecznego trybu życia) ilością dań i przysmaków, a poza tym zapełni żołądek i może łatwiej będzie uniknąć wsunięcia dodatkowego kawałka ciasta...

4. Ruszaj się, ile wlezie! Do kościoła na piechotkę, między posiłkami spacerki, baw się w berka z rodzeństwem - wszystko, by się nie zasiedzieć przy stole. Najlepiej ruszać się spędzając czas z najbliższymi - rzadko kiedy jest ku temu okazja!

5. Nie stresuj się! Jeśli ruszasz się regularnie i nie pobijesz rekordu w ilości zjedzonych kawałków sernika, to nie ma czego się obawiać. Lepiej skupić się na ważniejszych rzeczach - rodzinie, świątecznej atmosferze... na martwienie się figurą przyjdzie czas później :)

A na koniec pochwalę się moją wielkosobotnią tartą, wyszła wybitnie uroczo i pysznie!


WESOŁYCH ŚWIĄT!

Buziaki,
Marta

środa, 16 kwietnia 2014

Jaglanka z poranka

Wczoraj rano postanowiłam po raz pierwszy samodzielnie zrobić tzw. "jaglankę", czyli kaszę jaglaną z dodatkami. Mama będzie dumna! ;)

Dodałam bakalie, orzechy, miód, mus jabłkowy, kardamon i cynamon. Ważne, żeby jednym z wybranych przez nas składników był wytwór dżemopodobny - daje dobrą konsystencję całej "papce" :) Gdybym miała pod ręką rodzynki, jagody goji, daktyle, figi, to też bym je dorzuciła. Zamiast musu jabłkowego można dodać ulubiony dżem babci (z tym, że wtedy kalorie idą w górę, nie ma zmiłuj)! Można też wrzucić podprażone pestki dyni lub słonecznika, ale osobiście nie lubię, kiedy mi coś chrzęści w jaglance.

Chciałabym też podkreślić istotność kardamonu i cynamonu w tym przepisie. Cynamonu można nie żałować, kardamonu dajemy 1/3 łyżeczki, bo jest dość mocny - przynajmniej mój, bo całkiem niedawno zmielony. Jaglanka pachnie wtedy obłędnie!

Mi jaglanka najbardziej smakuje z łyżką jogurtu. Niby oczywiste, a jednak to napiszę - pamiętajcie, żeby jaglankę jeść na ciepło :) Jaglanka poniżej jest zrobiona z 1 szklanki kaszy (takiej po nutelli. Od razu mówię, że nie moja! Moi współlokatorzy to nutellożercy ;) ). Tak przygotowana jaglanka wystarczyła mi na wczorajsze i dzisiejsze śniadanie.

Sparzone wcześniej morele + orzechy w misce

Do tego kasza jaglana, mus jabłkowy i przyprawy :)
Jaglanka + jogurt = pełnia szczęścia z rana! (nie wygląda to zbyt pięknie z tej perspektywy, ale zapewniam, że jest pysznie!)

Jeśli chodzi o samo gotowanie kaszy jaglanej, to polecam stosować się do opisu na opakowaniu. Zazwyczaj na 1 szklankę kaszy należy dodać 2 szklanki wody (moja mama mówi, że nawet trochę mniej, a z kolei w Internetach zaleca się nawet 2,5!), ale gdy ją wczoraj robiłam, musiałam cały czas dolewać. Kasza gotuje się ok. 15 minut, potem należy ją zestawić nie odkrywając pokrywki i dać jej trochę czasu, żeby "odpoczęła" i wchłonęła wodę. Jeśli podczas gotowania widzicie, że wody jest za mało, warto jest mieć czajnik z gorącą wodą pod ręką, żeby uzupełnić braki.

Lubimy kaszę jaglaną za:
- słodkości z rana
- lekkostrawność
- odkwaszanie organizmu
- wspomaganie pracy jelita grubego
- dostarczanie mnóstwa energii, której potrzebujemy rano
- potas, wapń, żelazo
- białko!


Zdrowo i OM NOM NOM!


Buziaki,
Marta

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Gdzie się podziały... tamte postanowienia noworoczne...

Kwiecień-plecień - dopiero co się zaczął, a to już połowa! Trzy i pół miesiąca roku anno domini 2014 już za nami. A pamiętacie, co się działo gdzieś na początku stycznia? Istny wysyp noworocznych postanowień.

Co się dzieje z nimi teraz? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

Nie wiem jak Wy, ale ja wiem, gdzie są moje postanowienia. Jestem zwolenniczką teorii, że te kilka zmian, które chcemy wprowadzić w naszym życiu, ma nie tyle funkcję zmuszającą nas do działania niemal wbrew woli, a potem budzącą wyrzuty sumienia gdzieś koło grudnia, a funkcję pobudzania nas do działania i szerokopojętej inspiracji. Na pulpicie figuruje u mnie mały Notatnik, w którym spisałam moje cele na 2014. Skoro zaraz zaproponuję wam wreyfikację Waszych celów już teraz, zamiast czekać do końca roku, to zacznę od siebie i uzewnętrznię zawartość mojej listy z komentarzem :) Na zielono te, które wychodzą, na niebiesko te, które są w trakcie realizacji, a na czerwono te, które niestety jeszcze wymagają mojego efektywniejszego zaangażowania.


Moje postanowienia spisane w Sylwestra:
- certyfikat angielski - chodzę na kurs, odrabiam (lub nie) prace domowe, ale ogólnie zmierza to w dobrym kierunku :)
- certyfikat niemiecki - jak wyżej!
- nowy język - niestety nie mogłam znaleźć pasującego mi terminu z francuskiego, ale liczę, że w wakacje lub od nowego semestru nie będzie z tym problemu
- praktyki w wakacje - jestem w trakcie składania CV
- rozwój osobisty - myślałam o grze na gitarze, ale potem zrodził się pomysł na tego bloga, który traktuję poniekąd jako osobisty rozwój :)
- jedna dobra książka miesięcznie - checked! Jak na razie zgodnie z planem. Przez święta zmęczę Inferno Dana Browna, ale niestety w oryginale czyta się to dość ciężko. Zapewne jak przebrnę przez pierwsze 100 stron, to się rozkręci. A przynajmniej tak mówi moja Ciocia, która mi ten wolumen pożyczyła.
- trening 4-5x w tygodniu- niestety, najwyżej 3-4 razy w tygodniu. Po napisaniu pracy licencjackiej powinno być lepiej!
- Insanity - wydaje mi się, że Insanity musi poczekać do wakacji, ale nadal mam to gdzieś na końcu głowy, mam wielką ochotę wypróbować na sobie metodę Shauna T!
- rozciąganie - i tu wielka porażka. Po każdym treningu rozciągam się, owszem, i już zauważam tego benefity, ale niestety samo "rozciąganie dla rozciągania" nie istnieje w moim kalendarzu treningowym (o którym mówiłam w poprzednim poście). Po kilku dniach regularnego rozciągania pojawił się ból w niegdyś kontuzjowanym na desce kolanie...wydaje mi się, że muszę zasięgnąć fachowej porady w tym zakresie.



Jak widać, nie jest źle! Tym bardziej będę z siebie dumna, jeżeli uda mi się dotrzymać więcej niż 75%.

Myślałam, że poprzez zajęcie się sobą, czy jak to mówi tenerka całej Polski E.Ch: "oświecony egoizm", powrócę do dbania o siebie zarówno w kontekście fizycznym, jak i psychicznym i poczuję się lepiej sama ze sobą. Działa! I jak widać, przyciąga to otoczenie :) 


Chyba nie muszę nikogo przekonywać, że postanowienia mają sens. Sęk twki w tym, żeby...ich dotrzymać (wow, naprawdę? niesamowite). Lepiej obrać sobie mniej ambitne cele, ale na koniec roku mieć dziką satysfakcję z ich realizacji, niż męczyć się z nierealnymi dla nas życzeniami, bo z "postanowieniami" jako takimi nie ma to nic wspólnego. Niektórzy traktują postanowienia jako stworzenie pięknego obrazu samego siebie - nic z tych rzeczy. To tylko wskazuje na fakt braku samoakceptacji i pragnienia nie małych zmian, a kompletnego przeobrażenia się w kogoś, kim  nie jesteśmy i nie będziemy - a przynajmniej nie z dnia na dzień. One step at a time, pomalutku i do celu!

Na koniec w nawiązaniu do tytułu posta i na dobry początek tygodnia, the one, the only: Wojciech Gąssowski! :) 


A co z Waszymi postanowieniami? :)

Buziaki,
Marta 

sobota, 12 kwietnia 2014

5 zdrowych nawyków, które odmienią Twoje życie - albo chociaż Twoje ciało

Dzisiaj święto - dwa wpisy tego samego dnia. Trochę po to, by złagodzić ostatni gorzki wpis o transportowym savoir-vivre, a trochę dlatego, że pojechałam do domu i mam chwilę wytchnienia od ostatnimi czasy szalonego studenckiego życia ;)

Poniżej 5 zdrowych nawyków, które wprowadziłam w przeciągu ostatnich kilku miesięcy i z czystym sumieniem mogę zarekomendować.

1. Woda z rana - nie tylko na kaca
Mam ogromne problemy z dostarczaniem sobie odpowiedniej ilości wody. Od dziecka mało piłam, mama zawsze straszyła mnie piaskiem w nerkach. Aby pomóc sobie w piciu minimum półtora litra wody dziennie, wieczorem przed snem wlewam do szklanki zagotowaną wodę, wyciskam trochę cytryny i stawiam obok łóżka. Dzięki temu rano po wstaniu wystarczy wyciągnąć rękę i się napić. Działa? Działa!
Według mojej inspiracji, najlepszej, cudownej Ani Lewandowskiej, woda z rana pobudza wątrobę i pomaga usunąć toksyny z organizmu. A jeżeli Ania tak mówi, to znaczy, że tak jest. End of story.

2. 5 posiłków!
Do znudzenia, do upadłości, aż wszyscy zrozumieją! 5-6 posiłków! Co 3-4 godziny! Nie podjadać pomiędzy! Ostatni posiłek 2 godziny przed snem, a nie o jakiejś 18 - co za bzdury, aż uszy bolą, ratunku!
Organizm przyzwyczaja się do tego, że jest mu podawane jedzenie regularnie, dzięki czemu nie boi się, że go zagłodzimy i spokojnie spala to, co trzymał na czarną godzinę - czyli tłuszcz! A my nie jesteśmy głodni, nie mamy napadów dzikiej gastrofazy, łatwiej odstawić słodycze, żyć nie umierać! I jeść!




3. Do pracy, na studia, gdziekolwiek piechotą będę szła, aaaa!
Przyznam się, byłam leniem. Strasznym leniem. Od stacji metra z mieszkania dzieli mnie odległość jednej stacji, a jednak przez 2 lata dzień w dzień podjeżdżałam tramwajem...W tym roku staram się tego unikać i teraz takie przejazdy zdarzają się sporadycznie. Plusów jest dużo - nie muszę czekać na "karocę", wciskać się do niej, gdy jest przepełniona - a zazwyczaj jest, a poza tym to zawsze dodatkowy ruch. Minusów nie ma, może tylko, gdy pogoda nie dopisuje. Natomiast czasowo wychodzi dokładnie tak samo, jakbym jechała trajtkiem.
Macie tak samo? Zrezygnujcie z krótkiego podjazdu, albo wysiądźcie trochę wcześniej. Jeśli nie spieszy wam się aż tak bardzo, przejdźcie większy kawałek - szczególnie przydatne, gdy trzeba przemyśleć różne sprawy ;)

4. Seria(l) z hantlami 
Cześć, jestem Marta i jestem nałogowym serialowiczem. Co poradzić. Spędziłam jak dotąd 42,5 dnia na oglądaniu perypetii nastolatków na Manhattanie, wampirów w Luizjanie i Mystic Falls, morderców pracujących w policji, grupy naukowców-nerdów i ich sąsiadki, Sherlocków, czterech przyjaciółek w NY (czekajcie, z Sex and the City wyszło mi 44,5 dnia... tak przy okazji, sprawdźcie swój wynik!). Ale do rzeczy - wyobrażacie sobie, co by było, gdyby przez te 44,5 dnia nie leżeć plackiem przed kompem, tylko wykorzystać je efektywnie i połączyć przyjemne z pożytecznym? Potwierdzono empirycznie przez moją współlokatorkę, że od "Prosto w serce" rzeźbią się ramiona - ale tylko wtedy, gdy przez cały odcinek wywija się hantlami lub butelkami z wodą. Muszę przyznać, że jakoś mi się nawet lepiej ogląda te wszystkie szalone historie robiąc przysiady, brzuszki, planki i pompki na piłce (uwielbiam!) - poza tym leczy to trochę wyrzuty sumienia z tytułu marnowanego czasu. Teoretycznie marnowanego. A co, jak zaatakują nas wampiry? Ja przynajmniej wiem, że trzeba się schować w domu i nikogo nie zapraszać do środka. I nie dać się zauroczyć. Ha.

5. Zapisuj swoje postępy
Ćwiczysz jak wariat, robisz co możesz...a może tylko tak Ci się zdaje? Nie ma lepszego sposobu niż prowadzenie zapisu swoich aktywności. Zapisuj, kiedy ćwiczyłeś, co i przez ile czasu, a weryfikacja Twojego zaangażowania stanie się bardzo prosta i wszystko będzie widać czarno na białym.
Zawiesiłam na ścianie mały kalendarz z malowniczymi greckimi pejzażami, który idealnie się do tego nadaje i muszę przyznać, że gdy patrzę na jego 2-miesięczną zawartość, to wypełnia mnie dumna i motywacja do dalszej pracy (to jeden z moich osobistych motywatorów, tak w nawiązaniu do wpisu o motywacji sprzed tygodnia). Przykład z życia - we czwartek miałam kryzys porannego wstawania i już miałam nie pojawić się na porannym lataniu ze sztangami, ale gdy zobaczyłam, że jak dotąd od 1,5 miesiąca nie opuściłam ani jednego czwartkowego treningu... wyskoczyłam z łóżka jakby mnie poraziło ;) A zatem - kalendarz i długopis w dłoń!

Macie własne zdrowe patenty?
Marta